
Trafiła do schroniska w piątek. Choć nie był to piątek trzynastego, dla Sofii okazał się nieszczęśliwy. Jak każdy nowy przybysz, została umieszczona w tzw. boksie kwarantanny, ciemnym, wilgotnym. Spleśniały beton, łuszcący się ze starości, rozsypująca rdza krat. Ale najgorsza ciasnota, dla doga niemieckiego wręcz niewyobrażalna. Sofia miała kłopot, by swobodnie się przekręcić. Z ledwością przeciskała się z części wewnętrznej na zewnątrz.
Po tygodniu zaczęła ginąć w oczach, dosłownie się kurczyła. Zaraziła się nosówką.
Choroba żarłocznie pochłaniała jej ciało. Sofia wycieńczona gorączką przekraczającą 40 stopni nie miała siły wstać, podnieść głowy, nabierać powietrza. Każdy oddech był skurczem potwornego bólu. Nosówka spowodowała ciężkie, obustronne zapalenie płuc. Lekarz, który ją badał, stwierdził gromadzenie się płynu w opłucnej. Nie przypuszczał, że poradzi sobie z chorobą. Nikt tego nie przypuszczał. Sofia znikała – żebra prześwitywały przez cienką skórę, wyglądała przerażająco. Mimo to podjęliśmy walkę, licząc właściwie tylko na cud.
Ale cuda się zdarzają.

To był okres najgorszych tegorocznych upałów. Temperatura w cieniu dochodziła 40 stopni. Sofia miała dreszcze. Codziennie wynoszona była na zewnątrz, w cień, pod drzewo. Kroplówki, leki, potworne rzęrzenie wydobywające się z wymęczonych płuc. I niepokój – czy zastaniemy ją jeszcze żywą rano, po samotnie spędzonej nocy.
Powoli zaczęła podnosić głowę. Nie cieszyliśmy się, bo wiadomo – to nic nie znaczy. Oddech odrobinę lżejszy. Ale być może to tylko nasze złudzenia. Nosówka jest zdradliwa. Może to tylko chwilowa poprawa, a zaraz nastąpi kryzys.

To nie była chwilowa poprawa. Powoli, dzień po dniu Sofia dochodziła do zdrowia. Cieszyliśmy się z każdej, najmniejszej poprawy: z lepszego apetytu, z bardziej przytomnego spojrzenia. Wstała, zaczęła chodzić, najpierw niepewnie, na drżących nogach. Potem coraz żwawiej. Na nasz widok biegła do bramy. Witała się radośnie merdającym ogonem. Chodziła krok w krok – była wszędzie tam, gdzie byli ludzie, wciskała pod ręce swój wielki, kanciasty, uroczy łeb. Domagała się spaceru, ale przede wszystkim uwagi i pieszczot. Miała taki zwyczaj: gdy ktoś głaskał przy niej innego psa, cofała się kawałek, dosłownie dwa kroki, i szczekała. Mówiła w ten sposób: „Zobacz, ja tu jestem. Dlaczego głaszczesz tego kundla?”

Od czasu chhoroby Sofia zamieszkała w niewielkiej komórce obok pomieszczenia socjalnego. W czasie gdy pracownik był w schronisku, biegała po terenie z innymi psami. Kiedy on zbierał się do domu, ona grzecznie wędrowała do „swojego pokoju”. Ale martwiliśmy się bardzo, bo nie wiedzieliśmy, że jeszcze trochę i Sofia będzie musiała wrócić do boksu. Wilgotnego, spleśniałego, a przede wszystkim potwornie ciasnego. Baliśmy się, co będzie, gdy przyjdzie zima. Co będzie, jeśli hoistoria Sofii zatoczy koło? Ale tym razem już bez dobrego zakończenia – bez wyzdrowienia...

Sofia, dog niemiecki w średnim wieku. Po przejściach. Domu szukała długo. Znalazła: swój, jedyny, prawdziwy.
Oto krótka relacja z pierwszych godzin w domu:
"Sofia nie odstępuje państwa na krok. Jest wesoła i radosna jak szczeniak. Mruczy ze szczęścia, przewraca się do góry brzuchem, tarza w trawie, podskakuje, podkłada głowę do głaskania, od merdającego ogona dupcia mało jej się nie urwie. Zwariowana, szczęśliwa, rozkoszna.
Ale jest też mądra i bardzo posłuszna, choć w kaszę nie da sobie dmuchać. Gdy u znajomych państwa spotkała inną sukę, od razu łapą i do ziemi. Ale pani powiedziała: zostaw i natychmiast dała jej spokój.
Chodzą razem z panią na bardzo długie spacery, na luźnej smyczy. Grzecznie, bez ciągnięcia. Za to w podskokach.
Sofia pilnuje swoich państwa bardzo, powarkuje i szczeka na obcych. Jest zawsze koło nich. Od pierwszego dnia zachowuje się tak, jakby mieszkała tam od zawsze. Od razu się zorientowała, że to JEJ DOM".
To jest dom, o którym marzyłam dla Sofii. To jest dom, o którym Sofia wiedziała, że jest i na niego czekała. Wiedziała, że walka o życie ma sens. Wiedziała, że wszystko dobrze się skończy, dlatego nie poddawała się nawet wtedy, gdy my chcieliśmy się poddać.
Zgadnijcie gdzie ten dom jest... W Ostrowi Mazowieckiej.
Będęziemy do Zośki wpadać na kawę.
tak
